fbpx

O naprawianiu „R” w Public Relations

W skrócie PR literka R oznacza „relations”. Wysyłanie bezmyślnych komunikatów – takich samych do wszystkich – bez budowania relacji, nie jest dobrym sposobem robienia PR-u. Jak to naprawić?

Wyobraź sobie taką sytuację: ktoś puka rano do Twoich drzwi. Otwierasz, za progiem stoi uśmiechnięta osoba, którą pierwszy raz widzisz na oczy. Bez żadnego „dzień dobry” osoba ta – nadal z uśmiechem, który zaczyna się wydawać coraz bardziej sztuczny – przypina Ci do ubrania (och, jak dobrze, że już nie jesteś w piżamie) broszkę i mówi „Ponieważ zaobserwowaliśmy, że jesteś osobą poważaną na dzielnicy, często chodzisz po ulicy, chcieliśmy Ci dać tę broszkę, by przypominała ludziom, z którymi się spotykasz o naszej akcji charytatywnej – zapewniamy azyl polityczny somalijskim fretkom. To pa!”

W najlepszym razie popatrzysz na tę osobę jak na wariata i zatrzaśniesz drzwi. W najgorszym, jeśli masz krewki charakter, zamalujesz w gębę za naruszanie miru domowego. A jakie są szanse, że będziesz nosić broszkę? Znikome, prawda?

Tymczasem firmy PR właśnie w taki sposób zachowują się względem np. blogerów (względem innych pewnie też, ale piszę z własnego punktu widzenia). Otwieram rano prywatną skrzynkę, a tam wiadomość od człowieka z agencji PR (Hill & Knowlton Poland, ale nie oni jedni popełniają ten błąd) reprezentującej Nokia Poland. Człowieka, który nigdy wcześniej nie zamienił ze mną słowa, a jednak przysyła mi sążnistego maila na temat mnóstwa rzeczy, które Nokia (używam Nokii jako przykładu, bo akurat „podłożyli” się z mailem wczoraj, dalej w tekście więcej negatywnych przykładów) robi w tej chwili.

Literka „R” w skrócie PR oznacza „Relations”, czyli jakiś związek. Różnica pomiędzy reklamą a PR polegać powinna na tym, że w reklamie związek ten jest jednostronny – reklamodawca wpycha konsumentowi w gardło reklamę, ten może co najwyżej uciekać. Tymczasem w PR (ang. Public Relations) słowem-kluczem jest „wzajemność”, relacje są dwustronne. Należy je budować za obopólną wiedzą i zgodą. To właśnie jest prawdziwy PR.

Dlaczego zatem agencje, które mają w nazwie PR serwują swoim Klientom (którzy w końcu płacą za to niemałe pieniądze) produkty „pijaropodobne”? Za obsługę PR agencje biorą kilka, kilkanaście tysięcy miesięcznie. Mailing do wpływowych blogerów (Kominek na swoim blogu zrobił jakiś czas temu ranking, więc skompilowanie ich listy zajmie tylko chwilę) mogę zrobić za przysłowiową stówę (Nokia, do Was mówię). Dlaczego tak się dzieje? I co ważniejsze, jak możemy z tym walczyć?

Jak być powinno?

Nie lubię narzekać. Więc zamiast tego pozytywne przykłady. Bo jest wiele firm PR, z którymi mam relację, taką prawdziwą. Mam relację z Wacomem (tu chyba najlepszą, jestem ich oficjalnym ewangelistą), z firmą PR obsługującą Adobe (Fleishman-Hillard), mam relację z ludźmi z Microsoftu czy wydawnictw Znak i Helion. Mam w końcu relacje z dziennikarzami i ludźmi w gazetach branżowych, także tych bardziej ogólnych. Niektóre zainicjowane przeze mnie, inne rozpoczęte przez innych. Te relacje nie wzięły się znikąd, ktoś włożył wysiłek w wybudowanie ich – wysiłek większy, niż wysłanie automatycznego mailingu.

Dobry przykład z tego tygodnia: Michał Szylar z Fotolia Polska przysłał maila, w którym pyta, czy zamiast ilustrować notki do blogu fotkami z Flickr-a (tak robię najczęściej) nie chciałbym ich ilustrować fotkami z Fotolia.com? Dzień dobry, pytanie, odpowiedź – proste, prawda? Czuję, że rozmawiam z tym człowiekiem, a to podstawa budowania relacji.

Może to wiedza tajemna, z którą ludzie się rodzą, a w agencjach PR o tym nie wiedzą? Nie. Otwieram „New Rules of Marketing & PR”, jeden z podstawowych podręczników PR. Napisał go David Meerman Scott, który zasłynął rewelacyjnym prowadzeniem PR Microsoftu. Podtytuł tej książki to „Jak używać notek prasowych, blogów, podcastów i marketingu wirusowego (…)”. A tam stoi jak wół: buduj relacje, napisz coś od siebie, skomentuj artykuł, który człowiek napisał, nie pisz do wszystkich z automatu. W Polsce książkę wydał Wolters Kluwer, więc nawet jeśli pracownik agencji nie zna angielskiego, powinien sobie dać radę…

Jak to zmienić?

Bardzo prosto. Najpierw należy jednak zrozumieć przyczynę zjawiska. Reklama wpychana człowiekowi w gardło przetrwała tak długo (i nadal nieźle się trzyma), bo reklamodawcy zakładają niesymetryczność relacji. Nawet jeśli reklama Ci przeszkadza, nie masz tak dużej siły przebicia, by wykrzyczeć to światu, więc będziemy Ci ją wpychać nadal. PR zakłada większą symetrię w relacjach. Symetrię, z której my, wpływowi odbiorcy, nie korzystamy. Jeśli się nie skarżymy na złe relacje, PR (który jest bardziej czasochłonny, kosztowny) nie jest potrzebny, wystarczy tradycyjna reklama. I to właśnie dostajemy.

Skoro odbiór notki prasowej może być albo pozytywny (bloger pisze o nowym produkcie) albo żaden, opłaca się wysyłać jak najwięcej notek – większa ilość nie szkodzi. A ponieważ koszt wysłania elektronicznej notki jest w praktyce zbliżony do zera, otrzymują je właściwie wszyscy, niezależnie od tego, jak bardzo są zainteresowani produktem (nadal umyka mi, dlaczego dostaję notki prasowe od banku Nordea).

Co należałoby zrobić? Zwiększyć koszt wysyłania notek prasowych. Wtedy opłacałoby się je wysyłać tylko do najważniejszych ludzi, z którymi mamy prawdziwe relacje. Jak to zrobić, skoro – jak napisałem wyżej – koszt wysłania maila jest praktycznie zerowy? Wprowadzić negatywną wartość do maila odebranego. Czyli: otwarcie narzekać na złe praktyki PR. Jeśli firma PR ma do wyboru wysłać 5 maili do ludzi, z którymi ma dobre relacje, albo wysłać 100 maili do ludzi, których nie zna, dziś wybierze to ostatnie rozwiązanie. Bo nie ma negatywnych kosztów związanych z „nadwyżką” wysyłanych maili. A jeśli w tej setce mogłyby się znaleźć osoby, które napiszą negatywny komentarz na temat wysyłki? Wtedy firma PR zaczyna się zastanawiać.

Gdyby zatem jak największa liczba blogerów przyjęła politykę pisania „Uwaga! Firma X wpadła nad ranem przypiąć mi broszkę!” głośno i do wszystkich, mielibyśmy prawdziwe, symetryczne relacje. Takie, jakie w PR być powinny.

To może ja zacznę.

Na Facebooku i Twitterze gram sobie w „grę myślową” – jeśli znajdę w mass mediach artykuł lub program o moich znajomych (ludziach, z którymi mam relację), mówię o tym głośno innym znajomym. „Przydzielam punkty lansu” – tak to nazywam. Bo czytanie o fajnych dokonaniach znajomych jest miłe, budujące.

Od dziś ta gra dostaje nowy level. Obiecuję, że jeśli dostanę informację prasową od ludzi, których nie znam (którzy wcześniej nie zapytali, czy chciałbym taką informację dostać, nie napisali, dlaczego uważają, że akurat tym powinienem być zainteresowany) będę przydzielał „ujemne punkty lansu”. Po prostu na Twitterze i Facebooku wypunktuję takie działanie. Myślę, że to uczyni nasze relacje bardziej symetrycznymi. Razem będziemy robić prawdziwy PR zamiast wpychać sobie wzajemnie w gardło komunikaty prasowe.

To co, przyłączasz się? 😉

Podoba Ci się? Udostępnij:

53 komentarze

Widać niektórym ludziom z PR należy przypomnieć definicję S.M. Cutlipa, który mówił, że PR ma nawiązywać i podtrzymyać wzajemnie korzystne stosunki między organizacją a grupami, od których zależy jej sukces lub klęska.

A to nie jest tak, że od czasów, gdy ludzie typu Lipmanna, czy Doobsa definiowali czym jest PR, wszystko zostało przez innych przedefiniowane i naciągnięte do granic możliwości? Choćby nieszczęsny „czarny PR” – pojęcie, które powstało ni stąd ni zowąd i będące ładnym nazwaniem czegoś, co klasycy nazywali „kłamstwem”, czy „oczernianiem”.

Najśmieszniejsze (choć w gorzkim tych słów znaczeniu) jest to, że „pr” (specjalnie z małych liter) jest coraz mniej PR-em w czasach, gdy spełniły się marzenia ludzi współtworzących pojęcie i zasady komunikacji społecznej. Jej praktycy uzyskali narzędzia pozwalające na błyskawiczne docieranie do odbiorców i, co może jeszcze ważniejsze – na uzyskiwanie praktycznie natychmiastowej odpowiedzi tychże odbiorców na swoje działania. I zamiast przy ich pomocy nawiązywać więzi, tworzyć,rozwijać i dbać o swoje „Public” (o naprawianiu P też można napisać artykuł) to używa się ich jako narzędzi masowego rażenia…

Ja myślę, że przyczyna takie działania PRowców jest trojaka:

– brak umiejętności
– brak czasu
– tabelki, które trzeba przedstawić zarządowi/klientowi.

Tyle i tyle notek machnęliśmy, tyle i tyle poszło, tyle było publikacji.

Nacisk „góry” jest bardzo istotny. Przecież na PR, podobnie, jak na reklamie znają sie wszyscy.

pozdrawiam świątecznie 😉

Justyna

Masz rację, tabelki rządzą, ilość publikacji rządzi. Tylko że to już nie jest PR – w którym nie ilość, ale jakość relacji powinna decydować. Jeśli ktoś chce zasięgu, niech inwestuje w reklamę. A jeśli chce PR, niech poświęci czas na nawiązanie relacji. A’propos świąt, tak samo traktuję wysyłane hurtem życzenia. To reklama, nie PR 🙂

Dokładnie ! Pani Justyna ma rację, dzisiaj wszyscy myślą, że znają się na reklamie i na PRze, a paradoksalnie, zna się na nich dzisiaj bardzo niewielu ludzi… zgadzam się też z Panem Pawłem – przecież istita PRu od zawsze była odpowiednią jakość… czy nie o to powinno nam WSZYSTKIM chodzić?

W wyżej rozwiniętych PR-owo krajach nie ma już pojęcia ilości (czyli liczby publikacji itp) ani nie przykłada się wielkiej wagi w mierzeniu wyników do ekwiwalentu reklamowego. To wszystko, o czym piszecie potwierdza tezę, że obecnie należy skupić się na badaniu zachowań wynikających z interakcji grupy docelowej z danym przekazem. Być może taka nachalność wynika z faktu, że jest duża presja we wszystkich działaniach (również PR) na wsparcie sprzedaży? Ale do takich – dobrze przemyślanych- działań nie powinno zatrudniać się taniej, nieprzygotowanej i niedoświadczonej młodzieży;-)

Pomysł słuszny i zacny,ale czy nie obawiasz się, że dla firm, którym zależy właśnie na takich jednostronnych, „reklamowych” relacjach, będzie on prezentem? Wielu wychodzi z założenia, że zły PR to nadal PR, bo „nie ważne jak mówią, byleby mówili”. Przykład z dziś: nie wiedziałem, że istnieje taka agencja jak HPN, nie wiedziałem, jakiego klienta obsługują, nie wiedziałem też, że ów klient właśnie otworzył „trzeci sklep w Łodzi”. Czy tego chcę czy nie, już wiem – podobnie jak ponad 4000 Twoich subskrybentów. Czyli publicity się robi… Druga rzecz, niestety człowiek już tak ma, że po jakimś czasie prosty komunikat przepoczwarza się w „coś mi świta”. Za jakiś czas więc nie będę miał w głowie „HPN – Ci od słabego PR-u i spamu”, lecz „HPN – tak, coś kiedyś o nich słyszałem, tylko nie pamiętam już co. Ale chyba nawet Tkaczyk coś o nich pisał…” 🙂

Śmiem się nie zgodzić z tym przepoczwarzaniem komunikatu. Przykład: wędliny Constar. W co przepoczwarzyli się w Twojej głowie? 😉
Co do samej idei: wierzę, że z negatywnego komunikatu agencja musi się komuś tłumaczyć w firmie klienta. A jeśli u klienta ktoś przeczyta ten artykuł, może przestanie płacić za ilość wzmianek? Może naiwne, ale od czegoś trzeba zacząć 🙂

Zaznaczyłem, że mowa o prostych, jednorazowych i krótkich komunikatach, z którymi nie są powiązane grubsze akcje. Wielokrotnie powtarzany komunikat – zawsze w tym samym kontekście – ma szansę zakorzenić się w głowie. Constar: pewno niewielu jest w stanie dziś powiedzieć, o co dokładnie chodziło. Bez większego echa przeszła też akcja samobiczowania się pt. „Dzięki Wam…”. Ale pozostał komunikat (być może dziś nieuzasadniony): Constar = złe mięso, przekręty, nieświeżość. Gdyby (jakimś cudem) sprawa skończyła się na jednym artykule, firma dla jednych by pozostała nieznana (ja wcześniej o firmie nie słyszałem), a pewno znaleźli by się tacy, którzy by kiedyś powiedzieli „Constar, Constar – gdzieś kiedyś mi się obiło o ucho czy oko, ale nie pamiętam, o co chodziło”.
Co do samej idei: mam nadzieję, że faktycznie z takiego komunikatu musi się ktoś komuś tłumaczyć. Ciekaw jestem, jak wyglądają statystyki HPN (świadomie unikam pełnej nazwy) z dziś: liczba wejść na www oraz dzienny przyrost liczby fanów na FB 🙂

dzień dobry,
Przeczytałam z ciekawością. Też mam oferowanych wiele niechcianych „działań prawie PRowych”.

Myślę, że nie jest to naiwne.
Spadek dochodów boli konkretnie i namacalnie.
Renia

Nie da rady nie skomentować… całkowicie zgadzam się z Panem Pawłem, ale omówione działania (przykłady) to zaledwie czubek góry lodowej. Na co dzień mam do czynienia z szeroko pojętą komunikacją w biznesie, której częścią jest PR. Dziękuję swoim zagranicznym nauczycielom, że pokazali mi czym jest prawdziwy PR, dziękuję IABC za możliwość obcowania z PRowcami z prawdziwego zdarzenia. Niestety narzekać jest łatwo, krytykować również, ale trzeba zakasać rękawy i zacząć edukować. czego możemy oczekiwać od PRowców, jeżeli nie wiedzą czym jest komunikacja w biznesie, twierdzą, że CSR to Employer Branding, uczeni są przez leciwych profesorów – teoretyków, etc.
Za granicą średnia wieku Account Managera to 40 lat, wymaga się od takiej osoby znajomości biznesu, strategii, orientacji na cele biznesowe oraz bycia partnerem do rozmowy i coachem. U nas w Polsce jak wykazały ostatnie badania SMGKRS (patrz proto.pl) wystarczy mieć „lekkie pióro” i wiedzieć jak działają media, aby nazwać się PRowcem… Więc czego chcemy więcej oczekiwać???
Przepraszam, jak kogoś urażę, ale jakim cudem osoba w wieku 23 lat wie jak działa biznes, zna kruczki, nie wyobrażam sobie jak będzie rozmawiać z prezesem o istotnych dla firmy działaniach…
Idąc dalej zobaczcie kogo teraz szukają agencje – samych stażystów czy praktykantów a nie osób z doświadczeniem i wiedzą… Do omówienia jest jeszcze dużo, ale nie będę już Was zanudzać…

Dzięki Pawle za wpis. Niestety, reprezentując branżę PR mam świadomość, że powyższymi przykładami nie robi sobie dobrego PRu. Oby PRowcy potraktowali wpis jako konstruktywną krytykę i zaczęli działać na jakość, a nie ilość. Serdeczności 🙂

Pytanie a co w przypadku gdy relacja jest ok, wymiana zdań na poziomie i konkretna, padają pierwsze deklaracje jest miło itp itd. W momencie kiedy przychodzi czas na podjęcie działania, efekt jest odwrotny –> cisza i udawanie że takie relacji nie było.
Co wtedy?

Moim zdaniem, relacja zawsze jest dwustronna, czyli jeśli jedna strona nie chce, to żadne wysiłki drugiej strony nie wybudują relacji… Tak samo jak pomiędzy ludźmi. Nie możesz z kimś chodzić, jeśli ta druga osoba nie zechce 😉

Ciekawy artykuł, napisany jasno i prosto – rany, gdyby każdy tak pisał 🙂 Pozwoliłam sobie udostępnić na FB – cenię taką aktywność, jaką Pan prezentuje: pisanie do ludzi i dla ludzi, dzielenie się – grzecznie i bez poczucia winy – opiniami. Większość osób nie podaje nazw firm, często trudno się domyślić, o co tak naprawdę chodzi. Pan pisze wprost, subiektywnie i przez to ciekawie. Dość mam już czytania pseudonaukownych i ugrzecznionych artykułów. Słabo się robi od tej nijakości.

Będę się streszczał, bo muszę zająć się trzynastoma klientami, sprzedażą, wyjazdami służbowymi, sprzątaniem i drugą pracą, żeby zapłacić ratę kredytu.

Idea szczytna, ale wielu Account Managerów cum PR Managerów cum New Business Specialistów cum sprzątaczek nie ma czasu na prawdziwe „R” bo musi zająć się trzynastoma klientami, sprzedażą, wyjazdami służbowymi, sprzątaniem i drugą pracą, żeby zapłacić ratę kredytu.

Najwidoczniej te relacje nie zawsze są takie same. Niby też współpracowałem z Wacomem, testowałem sprzęt, ale nigdy nie chcieli zgodzić się na jakąś konkretną akcję, która dałaby coś obu stronom. Szkoda, w sumie – może u Ciebie całość wygląda lepiej. 🙂

Rozmawiamy tu o relacji a nie o jej jakości 🙂 Ale nie narzekam, Wacom da się lubić, ja lubię ich produkty i chętnie polecam. Choć na blogu rzadko coś robimy wspólnie (to raczej moja wina – jestem do bani jeśli chodzi o współpracę z reklamodawcami na blogu).

Rozumiem doskonale, po prostu tak mi do głowy ten Wacom wpadł. Najwidoczniej mamy podobną sytuację, bo też uwielbiam ich sprzęt i każdy dzieciak pytający o sprzęt dostaje ode mnie link do nich. Po prostu dziwi mnie ich niechęć do większych projektów, myślałem, że znałeś ku temu powody – cóż, najwidoczniej po prostu taki mają rodzaj PR. 😉

Chyba jeszcze nie mi się zdarzyło wysłać do Pana Pawła niechcianego maila, choć regularnie śledzę (i lubię) tego bloga, ufff 😉
Absolutnie zgadzam się, że w PR bardzo ważne jest R, ale śmiem twierdzić, że nie dotyczy to tylko PR-owców, ale także Autorów (dziennikarzy, blogerów). Każdy może kliknąć czasem za dużo, a za bardzo dobry gest w ramach R ze strony Autorów uważam odpisanie jednym zdaniem „nie interesuje mnie ten temat, proszę o nieprzesyłanie” zamiast publicznego linczu. Dziennikarze czasem popełniają błąd, ale o ile błąd nie jest zawiniony (a przy tym karygodny i fatalny w skutkach), agencja w ramach tego R nie daje oficjalnego bana dziennikarzowi tylko umawia się polubowne załatwienie sprawy.
To chyba tak powinno wyglądać.

Dwie sprawy. Po pierwsze, kiedyś uprzejmie dziękowałem. Ale robienie tego 30 razy dziennie skutecznie mnie wyleczyło 🙂
Po drugie, publiczny lincz nie zawsze jest czymś złym. Jakiś czas temu „przywaliłem” tym wpisem agencji PR (dokładnie za to, o czym pisałem wyżej). Szefowa agencji – zamiast chować głowę w piasek – wymieniła ze mną kilka fajnych maili i dziś… świetnie żyjemy. Ale „jak się nie wkurzysz, to się nie zmienisz” 🙂

Ach, to rozumiem 🙂
Niekiedy także maile (nie zawsze grzeczne) z prośbą, by nie spamować skończyły się w moim przypadku absolutnie sympatyczną korespondencją prowadzącą do „niech pani jednak wysyła”.
Duża agencja takiego publicznego „nie lubię” nawet nie poczuje, ale młodziutką firmę taki prztyczek od ważnego autora może baaardzo boleć. Ponieważ właśnie takiego malucha reprezentuję, musiałam dorzucić 2 grosze 🙂

Zgadzam się w 100 a nawet 200%. Dzieje się tak zapewne dlatego, że teraz nie ma czasu pracować na jakość relacji. Zresztą po co, jeśli dzisiaj popularny jest ten bloger jutro inny, nie ma zatem się co przyzwyczajać i tracić czasu na jakieś zażyłości. Dla mnie nawiązywanie relacji z Klientem jest podstawą każdego biznesu, nie wiem czemu firmy stawiają teraz na wszechobecną powierzchowność w kontaktach i tak mocno bagatelizują przywiązanie Klientów do marki czy firmy.

Naturalnym biegiem rzeczy jest: Odszukanie odpowiedniego targetu do wysłania oferty (np. ta sama branża, produkty i dystrybucja), potem wysłanie zapytania czy dana informacja jest dla drugiej strony interesująca, jeśli jest i podoba się, to zostaje ona wypromowana lub przekazana dalej (na zasadzie obustronnej uprzejmości i wcześniejsze dyskusji). Obie strony są zadowolone, bo ta wysyłająca dostaje fajną promocję/deala, ta druga też zyskuje bo swoim nazwiskiem promuje też siebie i ciekawe informacje. Można to odnieść do wielu przykładów nie tylko PR-u. Wysyłanie komuś czegoś na siłę jest bezcelowe. To tak jakby otworzyć „Yellow Pages” i wysyłać ofertę swojego najnowszego kołowrotka wędkarskiego wszystkim firmom po kolei, niezależnie czy zajmują się metalurgią czy przemysłem samochodowym, byleby była wykazana ilość, liczby i wysłane maile 😉

Czy dobrze zrozumiałem, że jako subskrybent, a czasem nawet brylancik to mogę w swoich mailach, komentarzach użyć nazwy własnej strony http://autowpracy.pl/. Mogę liczyć nawet na pochwałę za aktywność. Jeżeli zrobię to samo jako „Kowalski” to trafię na czarną listę

Przykre…. Niestety, niewielu jest prawdziwych specjalistów
PR w Polsce. Moje doświadczenie jest takie, że częściej mamy do czynienia z
kimś od marketingu, kto też zna się na PR jak twierdzi… Jak wspomniałeś PR to
relacje, a to wymaga czasu, empatii i kosztuje. A ‚ludzkość’ ( w tym świat
biznesowy) generalnie cierpi na brak czasu, empatii i pieniędzy. Dziękuję Tobie
za ten wpis, bo edukuje, a moim zdaniem jesteśmy jeszcze na etapie edukowania czym
jest PR i czym nie jest. Im więcej będzie rozmowy na ten temat, tym lepiej. Idzie
ku dobremu – 5 lat temu ogromna większość konsultacji, zleceń PR w moim
przypadku pochodziła od klientów zagranicznych, teraz mam coraz więcej
cudownych relacji w kraju nad Wisłą:)

Witam, nigdzie nie można zwrócić uwagi mediom. Dziennikarze, są bezbłędni, czasowi, rzetelni i godni zaufania. Każdemu zdarzają się wpadki. I mam zamiar przytoczyć wpadki dziennikarzy, które są problemem PR-owców. Z tą małą różnicą, że my nie zwracamy uwagi, bo nie wypada. Gdy zdarzy się niewielka sugestia, to przeważnie spotykam się z tym, że jestem zuchwała bądź niegrzeczna. Opiszę 1 sytuację (a jest ich więcej), zadzwonił do mnie redaktor uznanej gazety. Przygotowywał testy, tylko nie miał pojęcia co testuje i zamiast (tutaj zmieniam produkty, by problem pozostawić anonimowy) powiedzieć że testuje lokówkę, to powiedział że prostownicę. Wysłałam mu prostownicę z opisem na maila, potem zadzwonił że on testuje co innego (chodziło o lokówkę, tylko on się nie zna przecież… i potrzebuje do tego (do wypożyczenia drogi z najwyższej półki sprzęt) ładowarkę mobilną. Wysłałam, potem okazało się że zgubił ładowarkę (co mi się nie zdarzyło wcześniej), a sprzęt oddał po pół roku (mimo wielu próśb i oddelegowania kuriera z kwitkiem). Test się ukazał na tle innych produktów po 3 miesiącach, ale zamiast dopisać szczegóły, które były istotne zaniżył wartość produktu (mimo chęci podania szczegółowych informacji i promował konkurencję, wymyślając nieznaczące właściwości przy teście dodające lepsze punkty najważniejszemu produktowi. Oczywiście komunikacja w miedzy czasie była bardzo trudna, nie znając sprzętu dzwonił np. o 18 ze złością, a maile przeważnie nie docierały lub trzeba było wysyłać po kilka razy. W między czasie rozpoczęte zostały rozmowy „by się odwdzięczyć” i jak opisałeś w artykule nawiązać relacje dt. współpracy reklamowej. Puściłam w niepamięć powyższą wpadkę. W między czasie wybuchł mały kryzys w firmie, a ów dziennikarze redaktora zaczęli krytykować firmę jako pierwsi i przy podobnych wpadkach innych firm wspominali o tej nie pozostawiając suchej nitki. Później wysłali ofertę reklamową finalną oczekując jej kupna, oczarsywiście prezes po przeczytaniu fali krytyki zabronił współpracy z nimi. A jak to dziennikarze i redaktor, byli niezadowoleni. A wina spadła na PR-owca….

Pr-owiec to też człowiek i myślę, że powinniśmy z bu stron dokładać jak najwięcej starań przy relacjach i zachować chociaż pozory dobrego wychowania.

Tę notkę powinien chyba przeczytać każdy, kto PR-em się zajmuje lub zajmować ma zamiar. Nie chciałabym być niemiła ani źle wrózyć, ale studiuję PR i przez ostatni semestr 40% mojej grupy nie odezwało się słowem na zajęciach, jeśli nie było o to akurat poproszone. To raczej źle wróży PR-owej przyszłości w tym kraju, bo kiepsko widzę budowanie Relacji (przez duże R) przez te osoby. Problem chyba leży w nieuświadomieniu. Pijar brzmi tak fensi i wszyscy chcą się dziś nim zajmować, ludzie idą na studia, piszą się na to, nie wiedząc tak naprawdę na co się piszą.

Świetny artykuł, dopiero stawiam swoje pierwsze kroki w PR więc dobrze od razu poznać co on dokładnie oznacza i jak powinno się go robić !
Pozdrawiam,
Szymon

Dzięki, fajnie czytało się do drugiego śniadania 🙂 Zastanawiam się tylko czemu wyznając idee indywidualnego podejścia do odbiorcy i nawiązania z nim relacji, co wejdę na kolejny artykuł wyświetla mi się nieaktualna już- bo to zrobiłam- oferta zapisania się do Twojego newslettera. Tę relację pt.”zapraszam, zapisz się” już mamy za sobą 😉

Jestem całkowicie za. 🙂 Ciężko będzie osiągnąć równowagę, ale od czegoś trzeba zacząć „To mały krok dla człowieka…”

Negatywne emocje ujęte w storytelling…coś nowego i prawdziwego a nie wyuczona formułka albo tekst typowo marketingowy…Interakcja z feedbackiem !spece od PR biorą potężne pieniądze…relacja z pieniądzem w roli głównej..

Dodaj komentarz