Mam problem ze startupowym środowiskiem. Z jednej strony wierzę w nie (podpisuję się obiema rękami pod tym, co Bartek Gola napisał na Antyweb), z drugiej nie czuję się jego częścią. Spotykam ludzi, którzy mówią, że „robią startupy”, ale ich definicja tego, czym jest startup, jest bardzo różna od mojej. To ludzie, przez których Bartek napisał, że nie mówi już o startupie, tylko o „młodym innowacyjnym przedsiębiorstwie”.

Parafrazując Jona Bon Jovi – „you give startup a bad name”. Sprawdź, czy znasz takich ludzi.

Startup to nie jest „panna na wydaniu”

Panna na wydaniu sama w sobie nie jest zła – może być piękna, wdzięczna i zaradna. Gorzej, jeśli większość tej piękności i wdzięczności jest udawana jedynie na potrzeby zdobycia kawalera. Biada temu, kto na taką trafi…

Startup typu „panna na wydaniu” wdzięczy się przed inwestorami, roztaczając piękne wizje. Tymczasem założyciele nie chcą zmieniać świata – mają bardziej przyziemny cel: pożyć za pieniądze inwestorów.

Jest jeszcze jeden typ poboczny: panna marzycielka. To taka, która marzy o księciu z bajki, białym zamku i „żyli długo i szczęśliwie”. Nie do końca jest sama sobie winna – tak została ukształtowana przez bajki, których wysłuchiwała od wczesnego dzieciństwa.

Tak samo kształtujemy własnych startupowców – karmimy ich bajkami o milionowych rundach finansowania, krzemowych dolinach, dwudziestoletnich miliarderach i kilkusetprocentowych wzrostach. Taki człowiek zderzony z prozą codziennego prowadzenia biznesu usiądzie i się rozpłacze. To, że część startupowców chodzi z głową w chmurach jest naszą własną winą.

Jeśli widzisz siebie w którymś z powyższych scenariuszy, jesteś marzycielem lub pijawką. Startupem? Niekoniecznie.

Startup to nie jest „czeladnik idący na swoje”

Jeśli zamierzasz otworzyć dziesiątą szkołę językową w swoim mieście lub kolejny sklep internetowy sprzedający bieliznę, nie jesteś startupem. Jesteś młodym przedsiębiorcą. Jesteś czeladnikiem, który zamierza odejść od mistrza i zaryzykować własną działalność.

Dobrze, jeśli masz na tyle mądrości, by najpierw terminować u mistrza a potem odejść na swoje. Gorzej, jeśli od razu rzucasz się na własny biznes – zakładanie kolejnej szkoły językowej czy e-sklepu wymaga posiadania wiedzy, którą ktoś już kiedyś zdobył. Różne są nazwy na to, co robisz: wymyślanie koła na nowo, wyważanie otwartych drzwi… Na pewno nie startup.

Eric Ries, autor The Lean Startup definiuje startup jako przedsiębiorstwo działające w warunkach skrajnej niepewności. Niepewności, którą stara się zredukować za pomocą eksperymentów – bo nie ma innej drogi. Jeśli otwierasz kolejną piekarnię, ktoś za Ciebie zredukował już mnóstwo niepewności związanej z prowadzeniem tego biznesu. Nie musisz eksperymentować, możesz korzystać z doświadczeń innych.

Jeśli mimo to eksperymentujesz i twierdzisz, że masz startup, idź po rozum do głowy. Metodologia „rób błędy” nie oznacza, że powinieneś powtarzać błędy zrobione przez innych.

Startup to brak planu

Działanie w warunkach skrajnej niepewności oznacza, że startup nie ma i nie może mieć planu. Włączając w to plan wzrostu, opanowania rynku czy zarabiania. Jeśli wiesz, że w ciągu dwóch lat zajmiesz X procent danego rynku to albo działasz w branży czeladniczej i ktoś już za Ciebie to sprawdził (ergo: nie jesteś startupem), albo zmyślasz jak z nut (ergo: czarujesz inwestorów), albo nie masz pojęcia, w co się pakujesz. Taka ignorancja to też głupota, tylko w innej formie.

Startup to hipoteza i jedyny plan, jakiego wobec Ciebie powinno się wymagać, to wiedzieć, jak ją zweryfikować. „Zamierzam opanować X procent rynku Y w okresie Z” (Twój plan) powinno zostać zastąpione przez „Wydaje mi się, że można opanować ten rynek. A to jest pomysł na eksperyment, dzięki któremu będę mógł zweryfikować tę hipotezę.”

Tomasz Edison był startupowcem. „Wydaje mi się, że wiem, jak zrobić żarówkę. A to jest eksperyment, który udowodni tę tezę.” Edison powtórzył to ponad dziesięć tysięcy razy, zanim hipoteza stała się prawdą. Dopiero wtedy mógł podbijać rynek. To jest dobry sposób myślenia.

Tymczasem spotykam mnóstwo ludzi, którzy planują, jak podbijać rynek a nie mają jeszcze żarówki.