Biznes
Jak reklamować żłobek, kiedy nie wolno pokazywać dzieci?
19 sierpnia 2026 roku prezydent podpisał nowelizację ustawy o opiece nad dziećmi w wieku do lat trzech. Jeśli zajmujesz się marketingiem placówki edukacyjnej, to jest najważniejszy fragment dla Ciebie: od 1 września 2027 roku żłobek, klub dziecięcy ani dzienny opiekun nie będą mogli publicznie udostępniać wizerunku dziecka objętego opieką. Ustawa dodaje: „nawet w przypadku wyrażenia zgody przez rodzica”.
To nie jest zakaz z kategorii „oj tam, najwyżej skasujemy rolkę”. Jeśli placówka nie usunie naruszenia mimo wezwania, sprawa może skończyć się wykreśleniem jej z rejestru. Czyli końcem działalności.
W branży natychmiast pojawiło się pytanie: „To jak my się teraz mamy reklamować?”
Mam przewrotną odpowiedź: jeśli brak zdjęć dzieci uniemożliwia Ci reklamowanie żłobka, to do tej pory reklamowałeś się na skróty. Cudzymi dziećmi.
Placówka opiekuńcza nie musi pokazywać podopiecznych, żeby skutecznie się promować. Nigdy nie musiała. Ustawodawca zabrał branży jej najłatwiejszy format treści i przy okazji zafundował jej lekcję kreatywności. Marki alkoholowe odrobiły podobną pracę domową trzydzieści lat temu. W ich przypadku skończyło się łódką Bols. Ale po kolei.
Co właściwie mówi ustawa?
Zakaz dotyczy:
- podmiotów prowadzących żłobki i kluby dziecięce,
- podmiotów zatrudniających dziennych opiekunów
- dziennych opiekunów pracujących na własny rachunek.
Docelowo obejmie także punkty opieki dziennej. Nie wolno im będzie publicznie udostępniać wizerunku podopiecznych – na stronie placówki, w mediach społecznościowych, folderze reklamowym czy na billboardzie z „naszymi maluchami”. Zgoda rodzica nie otwiera tu żadnej furtki. Ustawodawca zamknął ją wprost.
Zostawił za to dwa wyjątki.
Pierwszy to dziecko będące „szczegółem całości”, czyli niedominującym elementem zdjęcia zgromadzenia, krajobrazu albo imprezy publicznej. Prawnicy rozpoznają tu konstrukcję znaną z prawa autorskiego.
Drugi wyjątek jest ważniejszy w codziennej pracy: zdjęcia nadal można udostępniać wyłącznie rodzicom dzieci objętych opieką w danej placówce. Zamknięta aplikacja, dziennik elektroniczny czy zamknięta grupa zostają. Fotorelacja dla mamy i taty – tak. Fotorelacja dla algorytmu – nie.
Przepis nie wziął się znikąd. W debacie nad ustawą przywoływano liczby: 81% dzieci ma ślad cyfrowy przed drugimi urodzinami, do sieci trafia około 500 milionów zdjęć dzieci dziennie, a mniej więcej 65% placówek publikowało wizerunki podopiecznych w otwartych kanałach. Rodzice opowiadali też o zniżkach przy zapisie w zamian za zgodę na wizerunek oraz o sugestiach, że dziecko bez takiej zgody będzie pomijane na zdjęciach grupowych. Jakby niechęć do wystąpienia w firmowej rolce była wadą wychowawczą.
Polska nie jest pionierem. Francja już w 2024 roku przyjęła ustawę chroniącą prawo dziecka do wizerunku. W tamtejszej debacie pojawił się również argument znacznie mniej sympatyczny niż marketingowe kłopoty żłobków: duża część zdjęć krążących po forach pedofilskich pochodzi z materiałów opublikowanych przez dorosłych w dobrej wierze.
To nie jest więc przepis przeciwko placówkom. Jest wymierzony w traktowanie cudzych dzieci jak darmowego banku zdjęć. I – choć osoby prowadzące social media mogą dziś mieć inne zdanie – da się go polubić. Zwłaszcza kiedy zrozumiesz, że reklamowanie się zdjęciami podopiecznych nigdy nie było najlepszym pomysłem. Bez względu na zakaz. Ze strategicznego punktu widzenia. Dlaczego? Bo zdjęcie podopiecznego nie wykonywało większości zadań, które reklama żłobka naprawdę ma do wykonania. Jakie to zadania?

Myśl jak Zuck
Pięć sekretów biznesowych Marka Zuckerberga - genialnego założyciela Facebooka
Ekaterina Walter
Sprawdź ofertę | 37 złRodzic nie kupuje zdjęć
Rodzic wybierający żłobek nie kolekcjonuje fotografii cudzych dzieci. Próbuje podjąć jedną z trudniejszych decyzji: komu powierzyć własne dziecko na kilka godzin dziennie.
Żeby wybrał Twoją placówkę, w jego głowie muszą wydarzyć się cztery rzeczy.
- Najpierw ma się dowiedzieć, że istniejesz.
- Potem zrozumieć, co oferujesz.
- Następnie poczuć, że jego dziecku będzie u Ciebie dobrze.
- Na końcu potrzebuje powodu, żeby Ci zaufać.
Żaden z tych kroków nie wymaga pokazywania podopiecznych.
Krok 1: daj się znaleźć właściwym ludziom
Byron Sharp i badacze z Ehrenberg-Bass Institute nazywają to dostępnością mentalną: marka ma przyjść człowiekowi do głowy w chwili, w której pojawia się potrzeba. W przypadku żłobka zarówno ten człowiek jak i jego potrzeba mają jedną wspólną cechę – kod pocztowy. Twoim klientem nie jest „rodzic w Polsce”. Jest nim rodzic mieszkający w promieniu kilku kilometrów od Ciebie.
Dlatego media społecznościowe są dość kiepskim narzędziem budowania lokalnej świadomości. Rolka może zebrać sto tysięcy wyświetleń, ale jeśli dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy z nich pochodzi spoza Twojej dzielnicy, gratuluję wyniku. Nie pomoże Ci zapełnić grupy. Algorytm optymalizuje zasięg, nie sąsiedztwo.
Billboard na osiedlu domków jednorodzinnych może pobić taką rolkę o rząd wielkości, bo codziennie widzą go wyłącznie właściwi ludzie. Podobnie zadziała citylight przy przychodni pediatrycznej, plakat w szkole rodzenia albo u położnej środowiskowej, kawiarnia przyjazna rodzicom, plac zabaw czy oklejony samochód placówki krążący po dzielnicy.
Jeśli obok powstaje nowe osiedle, porozmawiaj z deweloperem. On ma dokładnie Twoją grupę docelową, a komunikat „żłobek 300 metrów od inwestycji” jest dobry również dla niego.
Najważniejsze narzędzie cyfrowe okazuje się przy tym najmniej seksowne: wizytówka Google. Rodzic wpisujący „żłobek + nazwa dzielnicy” nie zabija czasu w kolejce. Szuka placówki. Trudno o klienta z wyraźniejszą intencją zakupową. Aktualne godziny, zdjęcia sal, odpowiedzi na opinie i komplet informacji są Twoją pierwszą linią reklamy. Dziecko nie musi wystąpić nawet w roli statysty.
Krok 2: pokaż kategorię
Reklama żłobka działa podobnie. Rodzic ma w ułamku sekundy zrozumieć, że patrzy na miejsce dla małych dzieci. Ten sygnał możesz wysłać za pomocą zdjęcia stockowego, ilustracji, grafiki wygenerowanej przez AI, koloru albo ikonografii. Nie musisz pokazywać dziecka, które rzeczywiście chodzi do Twojej placówki.
IKEA sprzedaje kilkaset modeli krzeseł, ale na billboardzie wystarczy jej jedno. Bo reklama nie ma zastąpić katalogu. Ma wysłać prosty sygnał: „Tu kupisz krzesło”. Resztą zajmie się sklep.

Nikt nie zapisał dziecka do żłobka dlatego, że na ulotce rozpoznał małego Stasia z sąsiedztwa. Sygnał kategorii jest umowny. Zawsze był.
Krok 3: daj poczuć, że dziecku będzie tu dobrze
W psychologii istnieje pojęcie heurystyki afektu. W dużym uproszczeniu: najpierw coś czujemy, potem znajdujemy dla tego rozsądnie brzmiące uzasadnienie. Rodzic nie wybiera żłobka wyłącznie w arkuszu kalkulacyjnym. Wybiera go także sercem.
Skąd wziąć emocję bez roześmianych podopiecznych? Stamtąd, skąd od dawna biorą ją dobrzy reklamodawcy: ze światła, koloru, dźwięku i historii.
Pusta, zalana słońcem sala z porozrzucanymi klockami opowiada „tu się bawiono” lepiej niż ustawione zdjęcie grupowe. Dziecięcy śmiech w tle rolki nie jest wizerunkiem. Opiekunka, która opowie o dniu w placówce – od rytuału powitania do poobiedniej drzemki – buduje spokój rodzica, bo odpowiada na pytanie, które naprawdę chodzi mu po głowie: „Co będzie się działo z moim dzieckiem, kiedy mnie przy nim nie ma?”
Krok 4: pożycz zaufanie

Robert Cialdini umieścił autorytet i społeczny dowód słuszności wśród najsilniejszych dźwigni wpływu. Obce dziecko na zdjęciu nie jest dla rodzica ani autorytetem, ani dowodem. Znany dorosły – owszem.
Lokalna dziennikarka, trener z osiedlowego klubu czy mama, której zdanie liczy się w dzielnicowej grupie, mogą przenieść część swojego zaufania na placówkę. Dorośli nadal mogą zgadzać się na publikację własnego wizerunku, więc rekomendacje rodziców z imieniem i twarzą pozostają legalnym i mocnym materiałem.
Od 2027 roku pojawi się dodatkowy budulec autorytetu. Ustawa wprowadza obowiązkowe standardy opieki i żywienia. Placówka, która nie tylko je spełnia, ale robi więcej, może pokazać konkret. A konkret uspokaja lepiej niż jeszcze jedno zdjęcie dziecka z klockiem.
Sześć sposobów na reklamę bez twarzy dziecka
Tu przydają się doświadczenia marek, które od lat radzą sobie bez pokazywania klientów – czasem z powodów prawnych, czasem wizerunkowych, a czasem dlatego, że miały lepszy pomysł.
1. Pokaż dzieło zamiast twórcy – metoda LEGO

LEGO od dekad reklamuje się budowlami, nie budowniczymi. W archetypie Stwórcy dzieło jest ważniejsze od osoby, która je stworzyła.
Żłobek dostaje taki materiał codziennie i za darmo: prace plastyczne, kasztanowe ludziki, układanki, wieżę z klocków, która cudem dożyła podwieczorku. „Galeria dzieł miesiąca” mówi o placówce więcej niż zdjęcie grupowe. Pokazuje rozwój i aktywność, a nie tylko to, że w budynku rzeczywiście przebywają dzieci.
Jedna uwaga higieniczna: pokazujemy pracę, nie podpis z imieniem i nazwiskiem autora.
2. Wymyśl własnego bohatera – metoda McDonald’s
Happy Meal od lat reklamują kreskówki i postaci, a nie dzieci siedzące przy stoliku. Takiego bohatera marki nazywamy brand hero albo po prostu maskotką. Pisałem o tym narzędziu osobno.
Mechanizm jest prosty: przygody bohatera pozwalają opowiadać o produkcie i jego przewagach, a odbiorca buduje więź z postacią zamiast z przypadkowym modelem ze zdjęcia. Polski rynek dobrze zna siłę tego rozwiązania. Serce i Rozum sprzedawały internet, Mały Głód – jogurt.
Placówka może stworzyć własnego misia, smoka albo inne stworzenie pasujące do nazwy. Maskotka oprowadzi rodziców po salach, przetestuje nowy plac zabaw, „zje” obiad zgodny ze standardami żywienia i wyjaśni, jak wygląda adaptacja. Dzieci ją polubią, rodzice zapamiętają, a prawnik – luksus rzadki w marketingu – nie dostanie palpitacji.
3. Przesuń kontekst – metoda Haribo
Haribo od 2014 roku rozwija koncept „Kids’ Voices”. Na ekranie widzimy dorosłych: niemieckich farmerów, japońskich zawodników sumo, brytyjskich policjantów, a w polskiej wersji szachistów. Rozmawiają o żelkach głosami dzieci.
Powstało czterdzieści reklam na dziewiętnastu rynkach, a Kantar zalicza kampanię do jednego procenta najbardziej wpływowych reklam, jakie kiedykolwiek przebadał. Pomysł wykorzystuje przesunięcie kontekstu: słyszymy jedno, widzimy drugie, a mózg z przyjemnością skleja brakujący sens.
Polska reklama ma w tej dyscyplinie tradycję, którą wykuł zakaz reklamowania alkoholu. Kraj oglądał regaty „łódki Bols” z kapitanem Baranowskim oraz spoty Wypoczynkowej Turystyki Konnej. W skrócie: WTK Soplica. Wszyscy wiedzieli, o co chodzi. I właśnie o to chodziło.
Z nowszych przykładów jest animowany Braveran i „prawdziwy mężczyzna”, który wie, co robić, gdy konar nie chce zapłonąć. Zabawna rzecz: reklama jest animowana (patrz punkt 6 tutaj), ktoś się zatem poskarżył, że jest kierowana… do dzieci. Komisja Etyki Reklamy oddaliła skargę, doceniając „subtelność i formę kreskówki”. Formalnie rozmawiamy o ognisku. Mózg widza uprzejmie robi resztę.
Jak to przenieść do żłobka? Dorosły może czytać „recenzję” placówki dziecięcym głosem. Opiekunka może relacjonować dzień „ustami” trzylatka. Rodzice mogą odpowiadać na pytanie „Jak było w pracy?” tak, jak ich zdaniem odpowiedziałoby dziecko po dniu w żłobku. Dziecięca perspektywa zostaje, znika cudzy wizerunek.
4. Zrób bohatera z dorosłego – metoda Allegro
Jedna z najbardziej wzruszających polskich reklam o dziecku prawie go nie pokazuje. W „English for beginners” Allegro przez dwie i pół minuty śledzimy starszego pana uczącego się angielskiego. Powód poznajemy dopiero w ostatniej scenie. Całą emocję, której podobno nie da się zbudować bez dzieci, niesie dziadek.
Placówka ma dokładnie ten sam materiał: emocje dorosłych, którzy kochają dzieci. Możesz pokazać twarz mamy odbierającej dziecko po pierwszym dniu adaptacji. Dumę babci podczas występu – z kamerą skierowaną na widownię, nie scenę. Opiekunkę, która opowiada, dlaczego wykonuje ten zawód od piętnastu lat.
Rodzic nie powierza dziecka logotypowi. Powierza je konkretnej osobie. Chce poznać jej twarz, głos i sposób myślenia. Dorośli – w przeciwieństwie do podopiecznych – mogą zgodzić się na publikację wizerunku.
5. Pokaż przestrzeń i proces
Hotele od stu lat sprzedają pokoje, w których nie ma gości. Montessori od stu lat pokazuje materiały i sale, nie twarze dzieci.
Dobrze sfotografowana sala, wirtualny spacer po placówce, kuchnia, jadłospis zgodny z nowymi standardami żywienia, detal dłoni umazanych farbą w kadrze uniemożliwiającym identyfikację – każdy z tych materiałów odpowiada na prawdziwe pytanie rodzica. Jak wygląda miejsce? Co moje dziecko będzie jadło? Czym będzie się bawiło? Jak placówka pracuje?
Zdjęcie cudzego dziecka nie odpowiadało na żadne z nich.
6. Narysuj własny świat – metoda Nike
Na mundial w 2014 roku Nike wypuściło „The Last Game”: pięciominutowy film animowany przygotowany przez Wieden+Kennedy i Passion Pictures. Produkcja trwała osiem miesięcy. Ronaldo, Neymar, Zlatan, Rooney, Ribéry i Iniesta ratowali w nim futbol przed złowrogim Naukowcem klonującym piłkarzy.
Zwróć uwagę na paradoks. Marka dysponowała jednymi z najdroższych sportowych wizerunków na świecie, a mimo to nie pokazała ani sekundy filmu aktorskiego. Animacja nie była tańszą protezą fotografii. Pozwoliła opowiedzieć historię, której zwykła sesja zdjęciowa nie byłaby w stanie unieść.
Jeszcze bliżej naszego tematu jest Headspace. Aplikacja do medytacji zbudowała markę na miękkich, umownych postaciach pokazujących stany emocjonalne. Spójna ilustracja, zero fotografii ludzi. Headspace sprzedaje przy tym dokładnie to uczucie, którego szuka rodzic wybierający żłobek: spokój.
Chipotle użyło animacji do opowiedzenia historii farmera w „Back to the Start”. Film udowodnił, że rysunkowa forma potrafi unieść wartości i wzruszenie, a nie tylko żart. W pierwszym tygodniu zebrał 4,3 miliona wyświetleń.
Żłobek nie potrzebuje ośmiu miesięcy produkcji ani kontraktów z Ronaldo. Może zrobić to znacznie taniej: zbudować własny styl ilustracji, inspirowany językiem książek dla dzieci, przygotować animowane rolki o dniu w placówce albo tworzyć grafiki AI utrzymane w jednej estetyce. Rodzice rozpoznają konwencję książkowej ilustracji natychmiast. Spójny styl staje się przy tym zasobem marki. Konkurent może kupić ten sam stock, ale nie ten sam świat.
Ważne zastrzeżenie: animowany portret konkretnego dziecka nadal jest jego wizerunkiem. Nie chodzi o przepuszczanie zdjęć podopiecznych przez filtr AI, tylko o tworzenie umownych postaci. Nike mogło animować prawdziwych piłkarzy, bo miało ich zgody i kontrakty.
Ograniczenie to brief – wykorzystaj go
Zakaz reklamy alkoholu dał nam łódkę Bols, którą branża pamięta po latach. Haribo zrezygnowało z oczywistego obrazu w kategorii kierowanej do dzieci i stworzyło koncept należący – według badań Kantara – do górnego jednego procenta reklam. Twarde ograniczenie potrafi działać jak dobry brief: odbiera drogę na skróty i wymusza pomysł.
Zakaz publikowania wizerunku dzieci nie zabija reklamy żłobków. Zabija jej najbardziej leniwy wariant, w którym cudze dziecko pracowało jako darmowe źródło fotografii.
Zanim zaplanujesz komunikację placówki na kolejny rok, odpowiedz sobie na cztery pytania:
- Czy właściwi ludzie w promieniu trzech kilometrów wiedzą, że istniejesz?
- Czy w ułamku sekundy rozumieją, czym się zajmujesz?
- Co czuje rodzic, który trafia na Twoją komunikację?
- Kto, komu ten rodzic ufa, może za Ciebie ręczyć?
Na żadne z nich nie odpowiada zdjęcie dziecka. Odpowiada pomysł. A pomysły, w przeciwieństwie do zgód na wizerunek, nie wymagają podpisu rodzica.

Autor
Strateg marki, pisarz i mówca publiczny. Od 20 lat pomagam firmom budować silne marki przez storytelling, grywalizację i psychologię konsumenta.
ClickUp
Zarządzanie projektami i zadaniami w jednym miejscu
ClickUp łączy zadania, dokumenty, czat, tablice i automatyzacje w jednej platformie. Widoki list, kanbanów, Gantta i kalendarza, pola niestandardowe i AI do planowania sprintów — zastępuje kilka narzędzi jednocześnie.
Newsletter
Chcesz więcej takich tekstów?
Mimisbrunnr to mój newsletter o marketingu, marce i opowieściach, do których warto wracać.
