Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego tylu ludzi nosi kolczyki? Skąd biorą się mody na tatuaże albo mówienie „takie rzeczy tylko w Erze”? Dlaczego w niektórych subkulturach „cool” jest noszenie czapki daszkiem do tyłu? Za wszystkie te dziwactwa, a także za sporo pożytecznych rzeczy, jakie dzieją się w naszej kulturze odpowiadają… memy. A nauka o memach nazywa się memetyką. O niej w dzisiejszym artykule.

Koncept memów swój początek bierze w pracy „Origin of Species” Darwina. Słynny uczony przedstawił tam ideę doboru naturalnego, która w wielkim skrócie wygląda następująco: jeśli mamy w przyrodzie zmienność (jak np. różne gatunki żółwi na świecie), mamy selekcję (nie wszystkie żółwie przetrwają tak długo, by się rozmnożyć – Darwin wyliczał to na populacji słoni) oraz mamy dziedziczenie (pewne cechy danego osobnika przechodzą na jego potomstwo), to musimy mieć do czynienia z doborem naturalnym (czyli: każde następne pokolenie, które przetrwało, będzie lepiej dostosowane do swojego otoczenia od pozostałych). Ewolucja to porządek tworzący się samoistnie z chaosu, bez udziału żadnych zewnętrznych sił, szczególnie wyższych.

A gdyby tak koncept ewolucji przenieść także na inne, nie-genetyczne podłoże? Czy idee potrafią się replikować w taki sam sposób? I czy z tej replikacji powstaje coś dobrego? Pod koniec lat 70-tych Richard Dawkins rozszerzył koncept doboru naturalnego na kulturę. W książce „Samolubny gen” opisał, jak mechanizmy ewolucyjne można zastosować do opisania naszego rozwoju kulturalnego, naszego rozwoju jako ludzi.

Aby uniknąć ciągłego mylenia z genetyką, Dawkins ukuł termin „mem” (od greckiego słowa „mimesis”, czyli „naśladownictwo”). Mem to właśnie koncept, pomysł, idea, która się rozprzestrzenia (jest kopiowana, naśladowana, odgapiana).

Mem to informacja, którą przenosimy za pomocą naszych zmysłów. Od najprostszych umiejętności, takich jak rozpalanie ognia, po umiejętności bardziej skomplikowane, jak język, którym się posługujemy, memy towarzyszyły ludzkości od zarania dziejów, czyniąc ją tym, czym jest dzisiaj.

Gdzie w tym dobór naturalny? Dobre pytanie. Memy konkurują o naszą ograniczoną uwagę i pamięć – nasze mózgi nie są fizycznie w stanie pomieścić wszystkich konceptów, które krążą wokół nas. Dlatego memy wymierają. Umierają zarówno te małe (jak melodia, którą 20 lat temu nucił każdy, a dziś nikt jej nie pamięta), jak i te duże (jak języki czy nawet całe kultury – gdzie dziś jest kultura Azteków, poza katastroficznymi filmami o końcu świata?).

Skoro mamy replikację, mamy selekcję i mamy zmienność (niektóre memy są ulepszane), musi nastąpić ewolucja. I memy ewoluują. Spójrz choćby na język, którym się posługujemy – rozpoczął swój memowy żywot jako seria któtkich sapnięć i warknięć, a po kilku tysiącach lat był w stanie wyprodukować monolog Hamleta. Ewolucja w czystej postaci.

Ewolucja memów stoi jakby w opozycji do ewolucji genetycznej. Genetyka każe nam dostosować się do ograniczonych zasobów – przetrwają ci, którzy są w stanie najbardziej efektywnie gospodarować energią z jednego upolowanego zwierzęcia, najsilniejszy na pustyni jest ten, kto dalej zajdzie bez uzupełniania zapasu wody itp. Memy z kolei, aby się skuteczniej rozwijać, potrzebują coraz bardziej rozwiniętych mózgów. I dostają je. Mózg jest mało efektywnym organem – zajmując ok. 2% masy ciała, konsumuje ok. 20% energii, którą to ciało dysponuje. Duży mózg to także śmiertelne niebezpieczeństwo dla ludzi – przez wieki najczęstszą przyczyną zgonów kobiet był… poród właśnie. Urodzenie homo sapiens z wielkim mózgiem to o wiele większe przedsięwzięcie, niż urodzenie pieska czy świnki morskiej…

Dlaczego potrzebujemy tak dużych mózgów? Dlaczego nie możemy po prostu nauczyć się zapamiętywać pożytecznych rzeczy? To proste – nie mamy pojęcia, co jest pożyteczne. Ewolucja genetyczna to losowe mutacje, z których „do następnej rundy” przechodzą te najlepsze, ale w momencie ich powstawania, nikt nie wie, która jest tą najlepszą. Tak samo jest z ideami. O naszą uwagę konkurują zarówno te oczywiste, jak umiejętność zdobycia pożywienia, jak i te mniej oczywiste, a czasem zupełnie głupie. Do oceny ich „potencjału rozprzestrzeniania” stosuje się różne modele matematyczne, angażuje się także teorię gier. Jednak ostatecznie jest tylko jeden sposób sprawdzenia idei – wypuszczenie jej na wolność.

Informacje na wolności replikują się niemal samoistnie – jedna osoba widzi u drugiej np. fajny sposób trzymania papierosa, adaptuje mem na swoje potrzeby, przy wystarczająco dużej liczbie tworzy się moda. Rozprzestrzenianie się pomysłów jak epidemii opisywał też Malcolm Gladwell w The Tipping Point (Punkt przełomowy, recenzowany na blogu).

Jednym z przełomowych sposobów „zwolnienia” naszych mózgów od przechowywania informacji, bez straty dla nich samych (dla informacji, nie dla mózgów) było wynalezienie pisma (a potem innych sposobów trwałego przechowywania memów). Dzięki zapisywaniu, nawet najmniej ważne informacje, które nie znalazły na stałe miejsca w naszych umysłach, mogą zacząć ponownie swój żywot po latach. Tak wracamy do zapomnianych pisarzy (a dzięki multimediom: do piosenkarzy)… Z kolei internet pozwolił memom na przełamanie barier terytorialnych – kiedyś zbieraliśmy się wokół ogniska, by posłuchać opowieści, dziś jedna historia może okrążyć świat w mgnieniu oka.

Komputery zapisujące i przetwarzające dane przybliżyły nas także do koncepcji tzw. „trzeciego replikatora”. Pierwszym replikatorem są geny (przetwarzane przez samą naturę), drugim memy (przetwarzane przez nas, twór natury). Trzecim replikatorem będą maszyny zdolne do stworzenia własnego systemu memów i replikujące te memy zupełnie niezależnie od nas. Ale… to na razie pieśń przyszłości 🙂

Memetycy badają tzw. wirusowy potencjał idei i jeśli interesujesz się tym z zawodowego punktu widzenia, jest to jedna ze ścieżek wartych zbadania. Bo przecież każdy marketer chciałby być autorem następnego „kopytka” czy „takie rzeczy tylko w Erze”. A to nic innego jak bardzo potężne memy.