Dziewczyna w poczekalni to kłopoty

Dziewczyna, która wchodzi do poczekalni szpitala w Grand Rapids w stanie Michigan jest po prostu zjawiskowa. Nie możesz oderwać oczu od jej smukłej sylwetki, tak pięknie podkreślonej przez obcisłe spodnie do yogi. Jesteś pracownikiem szpitala, właśnie wybierasz się do domu po skończonym dyżurze, jest piękny sierpniowy dzień w 2013 roku.

Gdyby Twoi kumple byli tu z Tobą, na pewno także podziwialiby tę piękność. Wymienilibyście się spojrzeniami mówiącymi „Boże, jak ona mi się podoba…” a potem poszli na piwo, bogatsi o wspomnienie miłego widoku. Jednak kumpli z Tobą nie ma a szkoda, by chwila uleciała. Nie zastanawiając się wiele, robisz zdjęcie telefonem komórkowym (tylko „najważniejsza część” w spodniach do yogi) i umieszczasz na Facebooku. Grzeczny podpis głosi „Podoba mi się to, co widzę.”

Koledzy oczywiście doceniają zjawisko – lajki pojawiają się niemal natychmiast. Problem w tym, że… ktoś z kierownictwa szpitala także trafia na to zdjęcie. Następnego dnia wszyscy wylatujecie za to z pracy.

Prywatność w social media

Ta sytuacja zdarzyła się naprawdę i – niezależnie od tego, co myślisz o wrażliwym na kobiece piękno pracowniku służby zdrowia – zdarza się codziennie. Dziesiątki, setki razy w ciągu jednego wieczoru w klubie czy w barze. Ktoś wchodzi na imprezę, pozostali wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, pochylają się do siebie, coś szepczą. Nikt za to taki szept z pracy nie wyleci. Ale przysłowiowy robotnik budowlany, który zamiast mrugnąć do kolegów, głośno gwizdnie i zawoła „Ej, ruda, chcesz być gruba?” (tak, słyszałem to kiedyś, naprawdę) może już mieć nieprzyjemności, jeśli „ruda” poskarży się kierownikowi budowy.

Natalia Hatalska pisała ostatnio o zjawisku, które nazwała „pokoleniem show-off” – młodych ludziach, którzy w przestrzeni publicznej popisują się swoją karierą, bogactwem, mądrością… Nie da się zaprzeczyć, że fenomen taki istnieje. Ale czy na pewno dobrze go rozumiemy? To nie jest tak, że popisywanie się jest zjawiskiem nowym – rodzice „pokolenia show-off” także to robili, także w przestrzeni publicznej. Wymieniali się kąśliwymi uwagami przy stoliku z piwem lub podczas oglądania meczu piłkarskiego. To była jednak w miarę „prywatna przestrzeń”, nawet jeśli działo się to w publicznym miejscu.

Dlaczego młodzi ludzie przestali zwracać uwagę na prywatność i mówią głupie rzeczy tam, gdzie wszyscy mogą je usłyszeć (przeczytać), narażając się na przykre konsekwencje? Odpowiedź może Cię zaskoczyć. Przyjrzyjmy się pokoleniu show-off z antropologicznej perspektywy.

„Publiczne” wcale nie oznacza „przeznaczone także dla Ciebie”

Zwróć uwagę, że samo zachowanie się nie zmieniło: pracownik szpitala w Grand Rapids chciał się podzielić informacją o pięknej dziewczynie ze swoimi znajomymi – dokładnie tak samo, jak jego rodzice dzielili się taką informacją w barze. Zmieniło się jedynie miejsce, środowisko. Przenieśliśmy budowanie relacji do świata wirtualnego i zaczęliśmy używać wirtualnych narzędzi – jak się okazuje, bardzo ułomnych.

Danah Boyd, autorka książki It’s complicated (opowiadającej o tym, jak młodzi ludzie radzą sobie z prywatnością w świecie social media) definiuje podstawową różnicę między „realem” a światem wirtualnym. Jeśli chodzi o komunikację w miejscach publicznych, oczywiście:

  • W „realu” stanem domyślnym jest komunikacja prywatna. Musimy uczynić wysiłek, by stała się publiczna (niczym gwiżdżący na Ciebie głośno pracownik budowy).
  • W świecie wirtualnym stanem domyślnym jest komunikacja publiczna. A my musimy uczynić wysiłek, by coś stało się prywatne.

Pokolenie show-off dba o swoją prywatność, ale w sposób inny, niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Fakt, którego dorośli zdają się nie pojmować: jeśli masz dostęp do jakiejś informacji nie oznacza wcale, że jest przeznaczona dla Ciebie. W świecie realnym to rozumiemy: podsłuchiwanie czyjejś rozmowy w barze (który jest przecież przestrzenią publiczną) jest odbierane jako naruszenie normy społecznej. Ale już wejście na blog nastolatki (który także jest przestrzenią publiczną) jest dla dorosłego czymś normalnym: „Mamo, dlaczego czytasz mój blog?” „Bo skoro go opublikowałaś w sieci, to chcesz, żeby był czytany przez każdego!” Prawda? Otóż, nieprawda.

Społeczna steganografia

Aby komunikować się skutecznie i uniknąć sytuacji, w jakiej znalazł się nasz przyjaciel z Grand Rapids, potrzebujesz kontroli.

  • Możesz kontrolować intencję, pochylając się w konspiracyjnym szepcie do znajomego – on wtedy wie, że przekazywana wiadomość powinna pozostać w jak najmniejszym kręgu.
  • Możesz kontrolować medium – kiedy siedzisz w tramwaju, możesz napisać SMS-a zamiast zadzwonić, jeśli boisz się, że treść rozmowy będzie podsłuchana.
  • Możesz w końcu kontrolować środowisko – zaczekać z telefonem aż wyjdziesz z tramwaju i znajdziesz się w prywatnej przestrzeni własnego domu.

Niestety – przenoszenie naszych doświadczeń do świata wirtualnego skazuje nas na wadliwe narzędzia, które nas tej kontroli pozbawiają. Mało tego, młodzi ludzie mają dodatkowy problem: w imię ich bezpieczeństwa pozbawia się ich kontroli nad prywatnością. Rodzicielska kontrola czatów, zaglądająca przez ramię matka czy ojciec zabierający telefon komórkowy – jak z tym żyć?

Jeśli taka ciągła kontrola kojarzy Ci się z jakimś opresyjnym reżimem, masz rację. Steganografia to ukrywanie komunikatów na widoku, tuż pod czujnymi nosami śledczych. Pojawiła się w czasach pierwszych tyranów, z powodzeniem stosują ją np. bezdomni (oznaczając gospodarstwa chętne do dawania jałmużny) a młodzi ludzie stosują tzw. steganografię społecznościową – jeśli nie mogą ukryć wiadomości przed wścibskimi oczami, ukrywają jej znaczenie.

Stąd na przykład tak wielka popularność memów – żeby odcyfrować ich znaczenie, trzeba mieć podobne do nadawcy „podłoże kulturowe”. Ich odkodowywanie to temat na osobny artykuł…

„Dzisiaj” to jutrzejsze „wczoraj”

Narzędzia komunikacji wirtualnej do niedawna charakteryzowały się jeszcze jedną, bardzo ważną różnicą w porównaniu do komunikacji offline. Stanem domyślnym rozmowy w barze czy tramwaju jest ulotność podczas gdy komunikacja w internecie zakłada trwałość. To czasem pożądany stan: chcemy utrwalić ulotne wspomnienie i dużo łatwiej zrobić to za pomocą szybkiego pstryknięcia na Instagramie lub statusu na Facebooku, niż mozolnego pisania pamiętników i dokumentowania swojego dnia z użyciem wielkiego aparatu czy kamery. Ale ta sama trwałość sprawia, że tracimy wspomnianą wyżej kontrolę nad sytuacją: żart powiedziany kumplowi w barze jest śmieszny wieczorem i po pijaku, dużo gorzej, jeśli trzeba się z nim zmierzyć znowu na porannym kacu. I nawet nie chodzi o to, że taki żart „wiszący” w sieci ma szansę dotrzeć do niewłaściwych ludzi. Problemem jest, że dotrze on także do mnie – rano zupełnie inaczej patrzącego na rzeczywistość.

Danah Boyd opisuje dwa ekstremalne sposoby, za pomocą których młodzi ludzie radzą sobie z tą „niechcianą trwałością”. Jedna z obserwowanych przez nią nastolatek po prostu… kasowała na Facebooku własne statusy i komentarze po tym, kiedy je już przeczytali jej znajomi. Nazywała tę technikę whitewalling, czyli „dążenie do białej ściany”. Inna dziewczyna, która nie chciała, by jej koledzy i koleżanki oznaczali ją na zdjęciach w czasie, gdy ona siedzi w szkole i nie może zareagować… deaktywowała swoje konto na Facebooku w czasie, gdy go nie używała. Przestawała pojawiać się w wyszukiwarkach, nie można do niej było wysłać wiadomości ani oznaczyć na zdjęciach. Uczyniła z Facebooka narzędzie komunikacji w czasie rzeczywistym.

Świadomość tego, że teraźniejszość może być zapisana w trwałym archiwum zmienia nasze przyzwyczajenia. To, co Natalia określiła mianem pokolenia show-off jest efektem traktowania „dzisiaj” jako jutrzejszego „wczoraj”. Te wszystkie „wczoraj” powinny tworzyć spójną historię. Autoprezentację, do której inni mogą zaglądać i wyrobić sobie na jej podstawie opinię o nas. Ale to nie wszystko, co istnieje.

Nawet najlepsza fotka na Instagramie nie zdobędzie uwagi, na jaką zasługuje, jeśli zniknie w tłumie innych fotek. Kiedyś o wartości zdjęcia (a dokładniej: wspomnień z nim związanych) decydowała jego niedostępność. Moje pokolenie ma w pudełkach zdjęcia robione „od okazji” – raz w roku grupowe zdjęcie w przedszkolu lub szkole, jedno zdjęcie z Wigilii, kilka z wakacji… W tamtych czasach nikomu nie przyszłoby do głowy fotografowanie własnych paznokci w zwykły dzień czy powszedniego porannego kubka kawy…

Przez jakiś czas imitowaliśmy „autorytet” starych zdjęć postarzając za pomocą filtrów te zwykłe i codzienne. Ale ileż można…

Nadmiar zabija wartość. Dlatego dziś młodzi ludzie celebrują uroczysty posiłek umawiając się, że nie zrobią jego fotek na Instagram. Ulotność wspomnienia sprawia, że zaczynamy bardziej je cenić.

I to jest rzeczywistość, w której funkcjonuje Snapchat. Serwis, który pozwala Ci wysłać zdjęcie do znajomego, ale to Ty decydujesz, jak długo zdjęcie będzie pokazywane, zanim zniknie bezpowrotnie. Oczywiście możesz zrobić zrzut ekranu, jednak aplikacja zawiadomi o tym nadawcę – to takie samo naruszenie normy społecznej, jak nagrywanie rozmowy w barze. Na zdjęcie ze Snapchata patrzymy bardziej uważnie, można powiedzieć „łapczywie” – licznik w rogu przypomina nam nieustannie, że za dziesięć sekund obraz zniknie bezpowrotnie. Porównaj to ze znudzeniem, z jakim przeglądasz swój strumień aktualności na Facebooku… A Uwaga (przez wielkie U) jest podstawową walutą social media

Zatem następnym razem kiedy spojrzysz na facebookowy profil nastolatka, zastanów się, czego tam nie widzisz