Szkoły nie mają pieniędzy na ekstrawagancje, o tym wiemy wszyscy. Próbują zatem oszczędzać, jak mogą i na czym tylko się da. To nic złego, gospodarność jest w cenie. Jak jednak mają zachować się firmy, które właśnie ze szkołami handlują?
Kiedy pracowałem w wydawnictwie i kontaktowaliśmy się ze szkolną biblioteką w sprawie zakupu naszych książek, bardzo często słyszałem “Przykro nam, nie mamy pieniędzy na zakup nowych książek. Ale zawsze możecie je nam podarować…” Cóż, wspieranie młodzieży to szczytny cel, ale do garnka też coś włożyć trzeba… W tamtych czasach po prostu odpuszczałem sobie taki handel. Ale czy słusznie?

Wczoraj odebrałem telefon. “Czy Pańska firma, panie prezesie, byłaby skłonna wesprzeć jedno z wrocławskich liceów? Pakiet map za 120 PLN…” Odpowiedziałbym od razu, że tak, ale “panie prezesie” zaświeciło mi ostrzegawczą lampkę pod nazwą “szkolenie dla handlowców”.

“Chętnie, ale czy mógłbym dostać jakieś pismo w tej sprawie?” “Oczywiście panie prezesie. Bo widzi pan, ja reprezentuję firmę sprzedającą te mapy. Dostarczymy Panu fakturę na kwotę, jaką Pan zadeklarował się wesprzeć młodzież i od razu pismo od liceum”.

Niezłe. Jeśli szkoła nie ma pieniędzy i szuka sponsorów, to — jeśli chcemy ubić ze szkołą interes — dobrze jest pomóc im w tym szukaniu. Nie zrozumcie mnie źle, nie potępiam tego pomysłu, uważam go za świetną zagrywkę rynkową. Szkoła mapy chce, ale ma pilniejsze potrzeby i nie zawsze ma na nie pieniądze. Jeśli znajdą się sponsorzy, to szkoła mapy kupi. My mamy mapy, chcemy pieniędzy (z samego sponsorowania wyżyć się nie da), więc pomożemy szkole znaleźć sponsorów. I sprzedawca syty, i owca cała, a płaci sponsor 😉

Ten przykład pokazuje doskonale, że szans rynkowych nie należy szukać tylko na “trasie transakcji” (pomiędzy sprzedającym a kupującym). Odpowiednia doza kreatywności pozwala nam znaleźć je także u “trzeciej strony”. Z całkiem dobrym — co widać po moim przykładzie — skutkiem.

To ja idę szepnąć słówko w dziale marketingu pewnego wydawnictwa 😉