Internet postawił na głowie jedną z podstawowych zależności, na których polegaliśmy podczas konsumowania informacji.

Kiedyś potrafiliśmy rozpoznać ważną informację po jej zasięgu – o tych najważniejszych dowiadywaliśmy się z telewizji czy z prasy. Ta „ważność” wynikała z faktu, że podaż ogólnopolskich mediów informacyjnych była niewielka. Pamiętam czasy dwóch kanałów telewizyjnych i trzech gazet na krzyż (przy czym określenie „na krzyż” stoi niejako w sprzeczności z ich misją). Poprzeczka oddzielająca „ważne” od „mało ważne” była w nich postawiona bardzo wysoko. A i my potrafiliśmy streścić „ważne” w 10-minutowej rozmowie przy firmowym wodopoju.

Dziś mamy co najmniej trzy kanały nadające informacje 24 godziny na dobę. Podaż wzrosła gwałtownie, ciągnąc jednocześnie poprzeczkę w dół. Temat, któremu dziś media są gotowe poświęcić półgodzinną dyskusję w studio jeszcze kilka lat temu nie kwalifikowałoby się nawet do wzmianki w głównym wydaniu wiadomości. Samo „bycie w telewizji” także się zdewaluowało. Dwadzieścia lat temu nikt nie ośmieliłby się kwestionować autorytetu Grażyny Torbickiej, dziś internauci bez mrugnięcia okiem „zwalniają Kuźniara” za pomocą tysiąca wysłanych e-maili.

No właśnie, tysiąca. Kiedy mieliśmy dwa kanały telewizyjne, gromadziły one dziesiątki milionów telewidzów – Stawka większa, niż życie czy Czterej pancerni i pies stawały się ikonami kultury, ich znajomość była… nieunikniona. Dziś kilkadziesiąt kanałów telewizyjnych gromadzi widownię liczoną jedynie w setkach tysięcy. To rozdrobnienie sprawia, że tytuł najpopularniejszego serialu czy teleturnieju zdewaluował się tak, jak „telewizyjna celebryckość”. Pomyśl o masowej widowni Milionerów. A pamiętasz Koło fortuny? Czujesz różnicę?

Internet dołożył się do tego rozdrobnienia. Bo teraz nie tylko mass media są w stanie produkować informacje o globalnym zasięgu – może to robić każdy z nas. W 10 minut założysz nowy blog i możesz podzielić się swoimi przemyśleniami z każdym, kto zechce Cię słuchać lub czytać. Łatwo można sobie wyobrazić podaż informacji dążącą do nieskończoności. Co wtedy dzieje się z poprzeczką, o której pisałem wyżej? Masz rację, leży na ziemi, osiągnęła dno.

Współczesny konsument doskonale zdaje sobie sprawę, w jakim świecie żyje. I zaczyna cenić nie informacje same w sobie (bo tych ma pod dostatkiem), ale informacje odpowiednio przefiltrowane. Stąd rosnąca popularność serwisów typu Pinterest.com czy soup.io – których głównym celem nie jest tworzenie nowej treści, ale filtrowanie tej istniejącej przez pryzmat np. własnej ekspertyzy. Budowanie autorytetu w branży za pomocą content marketingu oznacza dostarczanie klientom wiedzy, której potrzebują. Kiedyś było to równoznaczne z pisaniem artykułów na blogi czy do prasy branżowej, karmieniem odbiorców autorskimi newsletterami. Dzisiejszy content marketer to coraz częściej kurator treści, niekoniecznie jej autor.

Następnym razem zamiast pisać artykuł, spróbuj odnaleźć kogoś, kto już to zrobił dobrze. I skieruj tam swoich odbiorców. Będą Ci wdzięczni.