Nie da się pisać o opowieściach bez przyjrzenia się językowi, za pomocą którego są przekazywane. Dziś zatem o tym, czym jest język i czego możemy się po nim spodziewać.

Kiedy pszczoła znajdzie źródło pożywienia, wraca do ula, by przekazać swoim pobratymcom informację o tym, jak tam dotrzeć. Te małe owady potrafią naprowadzić rój bardzo dokładnie na łąkę pełną kwitnących kwiatów. Jak? Pszczoły porozumiewają się za pomocą… tańca. O tym pewnie słyszałeś – wytańczają po prostu wskazówki dotyczące kierunku lotu. A skąd biorą informacje o kierunku? Kalkulują je w swoich małych główkach… od pozycji słońca. Pszczoły potrafią nie tylko określić kierunek względem położenia naszej gwiazdy, w swojej „opowieści” biorą także pod uwagę ruch słońca, żeby pszczoła lecąca o innej porze dnia nie zgubiła się.

Ptaki wędrowne potrafią kalkulować swoją pozycję względem gwiazd, mrówki komunikują się za pomocą śladów zapachowych a nietoperze nasłuchują swojego fotoradaru, który „mówi im”, gdzie znajduje się drzewo, ściana, nawet lecąca mucha. Radary, które budujemy nie mają jeszcze tej doskonałości…

W porównaniu z innymi unikalnymi umiejętnościami przyrody wokół nas, nie powinniśmy naszej zdolności do języka traktować jako czegoś specjalnego – jest to po prostu kolejne ewolucyjne dostosowanie, które pomogło nam przetrwać…

Nie mamy problemu z myśleniem, że nietoperza nikt nie uczy echolokacji, traktujemy tę umiejętność jako instynkt, który dała mu natura. Tymczasem język traktujemy jako coś wyuczonego – czy tak być powinno? Na ile język jest wytworem środowiska, w jakim funkcjonujemy, a na ile jest dziełem natury, instynktem takim jak ptasia umiejętność nawigacji po gwiazdach?

Jak faraon i cesarz szukali boskiego języka?

Czy język jest darem natury? A jeśli tak, to który język, skoro na całej Ziemi jest ich kilkaset tysięcy? Odpowiedzi na to pytanie szukali już starożytni. Herodot w swoich Dziejach przywołuje historię egipskiego faraona Psametycha Pierwszego, założyciela XXIV dynastii potomków Słońca. Władca ten zamknął dwójkę dzieci w odizolowanych od świata pokojach, karmiąc je za pośrednictwem ludzi, którym nie wolno było z dziećmi rozmawiać. Herodot pisze, że Psametych uznał frygijski za „naturalny język”, bo jednym z pierwszych słów dziecka było bekos, co we frygijskim oznacza chleb.

W średniowieczu podobne eksperymenty próbował przeprowadzać np. Fryderyk II – ten z kolei szukał języka Adama i Ewy, czyli boskiego pierwiastka. Jego metody były mniej okrutne (dzieci miały normalną opiekę, nie można było jedynie się z nimi komunikować), ale eksperymenty oczywiście spaliły na panewce – matkom i nianiom bardzo trudno było utrzymać dyscyplinę. Czy zostaniemy zatem bez odpowiedzi? Z pomocą przychodzi historia i… niewolnictwo.

Kali ukraść krowę i Kalemu ukraść krowę

Henryk Sienkiewicz miał być może talent do wymyślania wciągającej fabuły, jednak lingwista z niego był żaden. Kali, Murzyn z plemienia Wa-hima, jeden z bohaterów W pustyni i w puszczy został uprowadzony już w dość zaawansowanym wieku. Wiedział, że jego ojciec jest królem a on jest królewskim synem. Sprawnie posługiwał się też suahili, afrykańskim językiem z rodziny bantu. A w rozmowach z porywaczami (a potem ze Stasiem i Nel) posługiwał się łamaną angielszczyzną, którą Sienkiewicz przełożył na polski. I tu pojawia się problem

Język Kalego nie jest spójny z tym, co dziś wiemy o nabywaniu umiejętności językowych – zarówno przez dzieci (pierwszy język) jak i przez dorosłych (drugi język). Kali ma braki w słownictwie, używa dosłownych tłumaczeń (ciemna woda) lub słów bezpośrednio z rodzimego języka (Mzimu), nie ma jednak problemów z gramatyką. Używa co prawda czasowników w formie bezokolicznika, ale jego fleksja przy rzeczownikach jest już bez skazy (i chodzi nie tylko o rodzaj ale i o przypadki). Tymczasem to rodzaje rzeczowników powinny sprawiać mu problemy – suahili, jak inne języki bantu, klasyfikuje rodzaje zupełnie inaczej, niż sobie to wyobrażamy.

My mówimy o rodzaju męskim, żeńskim i nijakim, przyzwyczailiśmy się do wiązania mentalnie rodzaju i płci. Bantu ma dwa rodzaje rzeczowników oznaczające ludzi, dwa rodzaje rzeczowników na przedmioty ożywione (i to nie są zwierzęta, ale np. las czy księżyc), osobne dwa rodzaje dla rzeczowników, które mogą występować pojedynczo i w grupie (ząb i szczęka pełna zębów, owoc i drzewo pełne owoców), dwa rodzaje rzeczowników oznaczających zwierzęta i rzeczy, które nas otaczają. A do tego są jeszcze klasy rzeczowników dla krajów i dla zdrobnień. Biedny Kali…

W angielskim też jest dziwnie, choć prościej. Sama składnia języka nie pozwala na odgadnięcie płci – zdanie Sam went home można tłumaczyć jako Sam (Samuel) poszedł do domu albo Sam (Samanta) poszła do domu. Istnieje podobny do naszego podział na rzeczowniki męskie, żeńskie i nijakie (he, she oraz it), ale jest sporo wyjątków. Np. statki i pojazdy – pomimo tego, że są nieożywione – są rodzaju żeńskiego. Wyjątki dotyczące rodzaju są częste w każdym języku – wie to każdy, kto zastanawiał się, dlaczego dziewczynka w języku niemieckim jest rodzaju… nijakiego.

O ewolucji języków niewolników

O tym, jak kształtuje się rozwój języka, kiedy nie ma się od kogo uczyć, lingwiści przekonali się dzięki handlarzom niewolników i plantatorom. W czasach kolonialnych bardzo częstą praktyką było mieszanie na jednej plantacji niewolników z różnych regionów Afryki właśnie po to, by ci nie mogli się ze sobą dogadać. Dzięki temu nie mogli knuć przeciwko mniej licznym (ale za to komunikującym się z sobą) strażnikom.

Zebrani w jednym miejscu ludzie i tak znajdowali sposób na rozmowę – wykształcał się prymitywny język stworzony z pojedynczych słów zapożyczonych z języków poszczególnych nieszczęśników. Język bez składni, gramatyki, który pozwalał na przekazanie podstawowych informacji. Ja Tarzan. Ty Jane. To typowe zdanie. Najczęściej na początku pojawiają się tam słowa dotyczące obiektów – kapelusz, grabie – dużo później pokazują się czynności. Potem dochodzą przymiotniki, nie ma natomiast gramatyki, związków przyczynowo-skutkowych (słów takich jak ponieważ czy często).

Oczywiście, na farmach i plantacjach nie było lingwistów, którzy badali to zjawisko na bieżąco. Jednak ostatnie przypadki takich importów zdarzały się już w czasach bardziej współczesnych – dotyczyło to np. chińskich pracowników (już nie niewolników) kładących tory w północnej Ameryce. Oni także musieli się uczyć porozumienia ze swoimi pracodawcami i zarządcami. I to oni stworzyli nazwę, której dziś używamy dla określenia tego prymitywnego języka – pidgin. Wbrew pozorom to nie gołąb. Pidgin to chińska wymowa amerykańskiego business. Ale do wymowy wrócimy jeszcze…

W kolejnych pokoleniach pidgin ewoluuje, stając się coraz bardziej skomplikowany. Pojawia się gramatyka i bardziej zaawansowane formy. Taki język nie składa się już z pojedynczych słów, można za jego pomocą formułować skomplikowane i abstrakcyjne koncepty. Taką formę nazywamy kreolem. Najpopularniejszymi językami kreolskimi dzisiejszego świata są jamajski (który brzmi mocno jak angielski ale ma własne słownictwo i składnię) czy hawajski.

Badania lingwistów pokazują, że kreolizacja języka (przekształcenie go z formy pidgin do kreolu) odbywa się bardzo szybko. Wystarczy pokazać pidgindzieciom. W fazie, w której zwykłe dzieci uczą się gramatyki swojego języka, dzieci rodziców mówiących pidginem (a więc językiem gramatyki pozbawionym) tworzą swoje własne formy, które skomplikowaniem i składnią przewyższają cokolwiek, co osiągnęli ich rodzice. Współcześnie można to zjawisko obserwować na przykładzie języka migowego. Rodzice głuchoniemych dzieci, którzy muszą się z nimi porozumiewać na migi (a języka nauczyli się późno, właśnie ze względu na dziecko), migają w sposób prymitywny, bardzo przypominający pidgin, podczas gdy dzieci nie mają problemu z przyswojeniem migowej gramatyki.

Jak wymawia się „Batman”?

Co jeszcze wiemy o rozwoju języka u niemowląt? Wiemy na przykład, że dziecko rodzi się ze zdolnością wydawania i rozróżniania pełnej gamy fonemów (dźwięków, które tworzą wyrazy i zdania) występujących we wszystkich językach świata. Jednak zdolność rozróżniania zaczyna zanikać zanim jeszcze dziecko zacznie gaworzyć – można powiedzieć, że dziecko „nabywa melodię” języka swojego otoczenia. Ten brak rozróżniania powoduje, że np. dla Japończyka głoski „r” i „l” brzmią identycznie (co sprawia problemy, bo jest spora różnica między słowami elekcja i erekcja), Amerykanie nie rozróżniają naszych szeleszczących „ś” i „sz” a dla nas problemem jest zróżnicowanie wymowy angielskich bad, bat i bed (to trzy różne samogłoski).

Na marginesie: jeden znajomy pytał ostatnio, dlaczego mówimy „Spajdermen” czy „Supermen”, ale „Batman”. Odpowiedź jest prosta: ponieważ ostatnia samogłoska nie jest ani naszym „a”, ani „e” (w angielskim wszystkie trzy końcówki brzmią tak samo), dopasowujemy je fonetycznie tak, by wymowa stanowiła najmniejszy problem. Pożyczamy „e” z poprzedniej sylaby i tworzymy „Spajdermena” i „Supermena”, a kiedy pożyczamy „a”, dostajemy „Batmana”. Sprawdźcie to sobie na przykładzie słowa „sand”. W zależności od tego, czy wymawiacie „sand” czy „send” dostaniecie „Sandmana” albo „Sendmena”. Goo, mam nadzieję, że jesteś zadowolony z odpowiedzi 😉

Gaworzenie z kolei to konieczny etap „autostrojenia” naszej aparatury wymowy do wymagań konkretnego języka. Dzięki obserwacjom lingwistów wiemy, że dzieci, które nie gaworzą (bo np. miały operację gardła w tym kluczowym okresie) nie mają problemu z nauką języka, natomiast mają straszne problemy z wymową. A jeśli uczysz się np. obcego języka już jako dorosły, jest spora szansa, że na zawsze pozostanie Ci obcy akcent, choćby Twoja znajomość gramatyki i słowa pisanego była perfekcyjna.

Wspólny język świata

Jeśli mielibyśmy mówić o wspólnym instynkcie językowym, nie dotyczyłby on poszczególnych słów – pod tym względem języki świata różnią się i mieszają praktycznie cały czas. Co jednak ciekawe, wszystkie one mają wspólną strukturę, szkielet który pozwala – po dodaniu słów – na uformowanie się pełnego języka. Ten szkielet jest zachowywany także w procesach kreolizacji, które zachodzą niezależnie od siebie. Wszystkie dzieci kreolizują prymitywne języki w podobnym stylu.

Niemal każdy język ma coś, co określamy mianem struktury podmiot, orzeczenie, dopełnienie. I choć kolejność elementów może być różna (niektóre języki wymagają „Kali ukraść krowę”, inne „Kali krowę ukraść”, w niektórych możliwe jest „ukraść krowę Kalemu”), struktura ta występuje zawsze. Tak samo jak struktury typu head first (gdzie najpierw określamy główną część frazy a potem jej dopełnienia, czyli „krowa fioletowa”) czy head last („fioletowa krowa”) niemal w całym języku występują w sposób spójny.

Z badań nad językiem wiemy także, że pewne struktury złożone przyswaja nam się łatwiej a inne trudniej. Podręczniki dobrego pisania, które z takim zapałem pochłaniają copywriterzy, pisarze czy dziennikarze, uczą właśnie tego: jak pisać, by – na poziomie zdania – wszystko „gładko wchodziło” i nie naruszało tych wewnętrznych reguł. Bo język jest tworem elastycznym i pozwala na dużą dozę manipulacji. Ważne, by robić to świadomie.

Wspólny język opowieści

Jeśli istnieje zatem wewnętrzna, instynktowna struktura, za pomocą której budujemy każde zdanie, to czy istnieje także taka sama struktura wyższego poziomu? Taka, która sprawia, że jedne opowieści są lepsze od innych?

O tym… w przyszłości.