„Tkaczyk jest brzydki, gruby i nie zna się na marketingu.” – wyobraź sobie, że to Twoja opinia o mnie. Masz do niej pełne prawo. Być może nawet to prawda. Czy posiadanie takiej opinii czyni Cię hejterem (w moim rozumieniu tego słowa)? Nie.

Dla mnie internetowy hejter (przeciw któremu akcję rozpoczęła Gazeta.pl i inni – tu możesz śledzić dyskusję na ten temat) to nie jest człowiek, który ma złe zdanie na mój temat. Mało tego, nie jest to także ktoś, kto tym zdaniem dzieli się z innymi – pod warunkiem, że robi to w taki sposób, bym mógł jego opinię omijać z daleka.

O wolności słowa i wolności w internecie

Kominek w wywiadzie dla Gazeta.pl powiedział, że wolność w internecie nie może polegać na tym, by każdy mówił, co chce. Zgadzam się z nim połowicznie: uważam, że w sieci każdy może mówić, co chce – nie może tego jedynie mówić gdzie chce.

Wbrew pozorom takie podejście nie różni się od tego, co mamy w życiu poza siecią. Wyobraź sobie, że masz sąsiada, który jest brzydki i śmierdzi. Znowu: to Twoja opinia, masz do niej prawo. Masz prawo rozmawiać o tym przy stole z Twoją rodziną. Ba, masz nawet prawo powiedzieć o tym temu sąsiadowi (z chęci grzecznego zwrócenia uwagi lub z czystej złośliwości, nie wnikam). Jeśli jednak sąsiad nie chce słyszeć Twojej opinii, nie masz prawa mu jej wciskać na siłę.

Nazywaj sobie sąsiada „brzydkim śmierdzielem” w gronie znajomych. Nazywaj tak w żartach z kolegami w pracy. Dopóki sąsiad może omijać Twoją opinię – dla swojego świętego spokoju – możesz mówić, co chcesz. Ale nie mów tak do Waszych wspólnych znajomych, nie pisz mu tego sprayem na klatce schodowej i nie śpiewaj mu tego pod balkonem. Bo wtedy jesteś hejterem – ludzie nie mają możliwości uciec od Twojego hejtu nawet jeśli chcą.

To właśnie moja definicja hejtera: osoba, która świadomie wciska swoją opinię komuś, kto nie chce jej słuchać w taki sposób, by przed wysłuchaniem tej opinii trudno było uciec. Słowem: człowiek, który świadomie rujnuje Twoje samopoczucie wiedząc, że musisz go wysłuchać.

Kiedy wyrzucą Cię z imprezy?

Problem z internetem polega na tym, że zatarły się tu podziały na przestrzeń prywatną i publiczną. Internet jest targowiskiem wypełnionym wszelkiego rodzaju konwersacjami. I nie ma tu jednej reguły na walkę z hejtem – częścią targowiska może być hyde park, w którym można wulgarnie nabijać się ze wszystkich i wszystkiego, inną częścią może być elegancka kawiarenka, z której wylatuje się za użycie słowa „kurwa”… Jeśli wchodzisz między wrony, musisz krakać jak i one obowiązuje tu bardziej, niż Ci się wydaje.

Kominek w wywiadzie dla Gazeta.pl opisał jego sposób na walkę z hejterami na jego kawałku targowiska. I o ile zgadzam się z jego metodami (wycinać w pień tych, którzy poświęcają czas na to, by powiedzieć Ci, jak jesteś beznadziejny), o tyle nie uważam, że jest to – albo że powinna być – metoda uniwersalna.

O rzucaniu tortem w osoby publiczne i siedziby korporacji

A co jeśli jesteś osobą publiczną – politykiem, aktorem, celebrytą, blogerem (tak, świadomie użyłem tego ciągu)? Czy musisz znosić więcej? Moim zdaniem nie – i nauczyliśmy się tego dzięki mikrocelebrytom właśnie. Bo w którym momencie jesteś już na tyle sławny, by nie kasować komentarza „Jesteś brzydki i śmierdzisz” z własnej przestrzeni (Twojego blogu, fanpage’a czy ściany klatki schodowej)?

Zawsze znajdą się ludzie, którzy będą twierdzić, że powinieneś znieść więcej – bo sława, bo pieniądze, bo gratisy. Tak jak znajdą się ludzie, którzy mówią, że firma nie powinna kasować komentarzy – bo wolność słowa, bo cenzura itp.

Internet sprawił, że wszyscy jesteśmy osobami publicznymi. Różnimy się jedynie skalą celebrytyzmu – i skala ta jest ciągła, nie ma konkretnej granicy, która sprawia, że nagle zaczynają nas obowiązywać inne reguły. A na pewno nie ma takiej granicy, która sprawia, że Twoja przestrzeń – Twój dom, blog, profil na FB czy trawnik – zaczyna należeć do innych ludzi. Tłum zgromadzony w Twojej części targowiska, niezależnie od tego, jak wielki – cały czas jest gościem na Twoim stoisku.

Prawda – moja prawda – jest taka, że każdy decyduje za siebie. I za każdym razem, kiedy używasz słowa powinien / powinna w odniesieniu do kogoś innego, niż Ty sam, stajesz się po trochu hejterem. Zwłaszcza, jeśli komunikujesz tej osobie lub firmie, co zrobić powinna. Wiele razy. Pomimo ich protestów.

„Jesteś brzydki i śmierdzisz” nie różni się tak bardzo od „Powinieneś się umyć i zrobić operację plastyczną”. Hejter to stan umysłu.